niedziela, 13 maja 2012

W obronie wolności ... własnych


Bulwersujące zachowania i komentarze polityków (nie tylko polskich) to niby nic nowego, ale ostatnio cynizm, hipokryzja i lekceważące podejście do swoich obowiązków sięga zenitu. Pretekstem do zaprezentowania swojego politycznego refleksu stała się sprawa Julii Tymoszenko. Po pierwsze chciałbym zaznaczyć, że nie mam złudzeń, iż była premier Ukrainy została skazana dlatego, że jest głównym przeciwnikiem rządzącej Partii Regionów. Jednak jej niewinność jest rzeczą wielce wątpliwą. Zwolennicy pani Tymoszenko próbują przedstawić ją jako ludową bojowniczkę o wolność i prawdę. Nie trzeba jednak głęboko grzebać w jej życiorysie, aby przekonać się, że z ludowością ma niewiele wspólnego. Dużo się teraz mówi o oligarchach ukraińskich i ich bezsprzecznym wpływie na rządzenie krajem. Znaczna większość opinii jest negatywna. Tak czy inaczej z całą pewnością nie są oni głosem ludu. I Julię Tymoszenko można spokojnie ustawić w jednym szeregu z Rinatem Achmetowem, Dmytro Firtaszem i Wiktorem Pińczukiem. Na pewno nie jest ona ukraińskim wydaniem Lecha Wałęsy.
Do przewidzenia było to, że większość polityków spróbuje wykorzystać wyrok na Julii Tymoszenko, aby promować się jako obrońcy sprawiedliwości na świecie. Nie mnie oczywiście oceniać wyrok na byłej premier. Nie czytałem akt sprawy, nie mam odpowiednich kompetencji dla jej oceny. Wiem natomiast jedno – jeśli Tymoszenko podpisała umowy, które przyniosły szkody państwu ukraińskiemu, to powinna być osądzona z całą surowością. I wiem też, że skandaliczna wypowiedź prezydenta Komorowskiego o potrzebie zmiany ukraińskiego prawa tak, aby nie można było zastosować odpowiedzialności karnej wobec polityków, nie powinna mieć nigdy miejsca. Osobiście uważam, że takie zapisy prawne powinny być międzynarodowym standardem.
Politycy są politykami z własnego wyboru i z założenia mają działać dla dobra publicznego. Otrzymują bardzo wysokie uposażenia i liczne przywileje, ponieważ teoretycznie przyjmują na siebie ogromną odpowiedzialność, jaką jest współrządzenie krajem. Tymczasem w praktyce polskie prawo nie obciąża polityków żadną odpowiedzialnością za ich decyzje. Każdy człowiek odpowiada w pełni za swoje działania. Przykładowo zaciągam kredyt na zakup samochodu. Następnie moja firma zaczyna słabo prosperować i przestaję płacić raty kredytu. W najgorszym wypadku mogę za to znaleźć się w więzieniu. Moja decyzja – moje konsekwencje.
Natomiast decyzje polityków mają wpływ na życie milionów ludzi i funkcjonowanie całego kraju (a często także innych krajów). Jeśli rządzący podejmują błędne decyzje, to powinni za nie odpowiadać osobiście, a nie tylko politycznie. Dymisja i odprawa nie wydaje mi się karą adekwatną. Zresztą nawet odpowiedzialność polityczna jest fikcją. Ponieważ poseł, który nie został wybrany na kolejną kadencję, otrzymuje 3-miesięczną odprawę oraz szansę na pełnienie funkcji w ministerstwach lub radach nadzorczych. Przypomnę jeszcze, że politycy przy podejmowaniu decyzji mają praktycznie nieograniczone możliwości korzystania z porad ekspertów oraz sztabu doradców.
Nie chciałbym, aby moje słowa zostały odebrane jako gloryfikacja systemu prawa na Ukrainie, czy poparcie poczynań prezydenta Janukowycza. Jednak zapis o odpowiedzialności karnej za decyzje polityczne mógłby pozytywnie wpłynąć na standardy postępowań rządzących. Oczywiście jeśli będzie odpowiednio egzekwowany. Tymczasem słyszymy szokujące wypowiedzi ministra sprawiedliwości o zniesieniu kar dla polityków składających nieprawdziwe zeznania majątkowe. Powód? Prawie nie ma skazań za ten czyn. I tym sposobem wg ministra Gowina przepis jest martwy. W takim razie proponuje, aby gdy pewnego dnia „prawie nie będzie skazań” za morderstwo, to również znieśmy karę za to przestępstwo.

środa, 1 lutego 2012

Amerykańskie gry wojenne


Dziennik „Washington Post” w poniedziałek zaczął bić na alarm – zdolności obronne NATO zostaną mocno osłabione! Chodzi o drastyczne cięcia w budżecie Pentagonu oraz praktycznie wszystkich państw europejskich. Zmniejszenie wydatków na armię w najsilniejszych krajach Sojuszu Północnoatlantyckiego jest efektem światowego kryzysu finansowego. W związku z problemami ze stabilnością finansów publicznych większości rozwiniętych państw świata (jednak nie tylko tych), władze podjęły oczywisty krok w celu zahamowania coraz większego zadłużenia.
Tymczasem amerykańska gazeta ostrzega przed negatywnymi skutkami takich decyzji. Straszy zwiększeniem się zagrożenia dla bezpieczeństwa państw Sojuszu. Dodatkowo przytacza ostrzeżenia ambasadora amerykańskiego przy NATO, że USA nie będą już tak hojnie finansować tego międzynarodowego sojuszu wojskowego. Jako przykład słabości militarnej Europy przytaczany jest przypadek blokady przestrzeni powietrznej podczas wojny domowej w Libii.
Jednak waszyngtoński dziennik nie precyzuje, przed jakimi konkretnie (nawet domniemanymi) zagrożeniami miałaby się Europa bronić. Śledząc na bieżąco wydarzenia na świecie, nie potrafię podać ani jednego przykładu. Bo ani Irak Saddama Husseina, ani Afganistan pod rządami Talibów nie był zagrożeniem dla Europy. Nie jest również zagrożeniem Iran pod rządami Ahmadinedżada i Khamenei. Ani Palestyna częściowo rządzona przez Hamas. Zagrożeniem nie jest także wykrwawiająca się, stojąca na grobem Korea Północna. Ani Kuba Raula Castro. To wszystko są „problemy” Ameryki. A pretensje w kierunku Europy, że Stany Zjednoczone finansują 75% budżetu NATO są szczytem bezczelności. USA będące najczystszym i najbardziej cynicznym wydaniem kapitalizmu nie angażują się (a tym bardziej nie finansują) żadnego projektu, który nie jest w ich interesie. Sojusz Północnoatlantycki służy wyłącznie interesom Amerykanów, a dokładnie amerykańskich koncernów zbrojeniowych. Gdyby finansowanie NATO z pieniędzy amerykańskich podatników nie dawało żadnych wymiernych korzyści, to ta organizacja już dawno by nie istniała.
Przed kim według „Washington Post” mielibyśmy się bronić? Który kraj na świecie może wystąpić zbrojnie przeciwko Europie? I w jakim celu? W dzisiejszych czasach wojna jest opłacalna tylko dla producentów uzbrojenia oraz usług i towarów „towarzyszących”. Jednak warunkiem jest to, że odbywa się na obcym terytorium.
Natomiast jeśli chodzi o zagrożenia dla Europy, to są to m.in. nadmierne zadłużenie państw, wzrost cen ropy i gazu, wewnętrzne niepokoje społeczne spowodowane pogarszającą się sytuacją gospodarczą. Zagrożeniem jest drastyczne spowolnienie rozwoju gospodarczego, wzrost bezrobocia i niewydolność systemów emerytalnych. Długo można jeszcze wymieniać, ale na żaden z tych problemów nie jest receptą wypełnianie arsenałów. Wręcz przeciwnie – zakup kosztownego uzbrojenia przyczyni się do szybszego upadku europejskich gospodarek. To samo spowoduje kolejna wojna na Bliskim Wschodzie (planowany amerykańsko-izraelski atak na Iran). Każdy konflikt w tym rejonie powoduje drastyczne zwyżki cen ropy i gazu. To natomiast napędza inflację, która pustoszy nasze portfele i zabija nasze gospodarki. To właśnie z powodu inflacji tak drogo kosztują nas kredyty – systematycznie podnoszone są stopy procentowe, aby zahamować wzrost cen.
Nie dajmy się namówić Amerykanom, abyśmy ratowali ich gospodarkę kosztem naszych! Brednie o grożących nam konfliktach zbrojnych można włożyć między bajki. Wszystkie aktualnie trwające konflikty na świecie mają miejsce z dwóch powodów – nabrzmiałych problemów ekonomiczno-społecznych oraz interwencji zbrojnych USA. Tych pierwszych nie rozwiąże się karabinem. Te drugie w ogóle nie mają być rozwiązane.

czwartek, 5 stycznia 2012

Kawior i koniec świata

Ledwo zaczął się Nowy Rok, a już jesteśmy bombardowani masą pesymistycznych wiadomości, prognoz i przepowiedni. Podsumowując je wszystkie – w tym roku albo nastąpi przepowiadany koniec świata, albo jego bankructwo. Sam nie wiem, co gorsze. Ale mówiąc całkiem poważnie, perspektywa nie rysuje się zbyt optymistycznie. Jednak najbardziej irytujące jest to, że przywódcy tego świata (zresztą przez nas wybrani) wcale nie próbują ułatwić nam życia. Jedyną optymistyczną informacją była spłata dużej części polskiego długu oraz udana emisja naszych obligacji. Jednak pozostałe wiadomości całkowicie gaszą ten nieśmiały optymizm.
Większość krajów europejskich oraz USA są na skraju bankructwa, co oczywiście w minimalnym stopniu dotyka tych odpowiedzialnych za zaistniałą sytuację. Mimo wszystko ceny wciąż rosną (w przeciwieństwie do wynagrodzeń). Na otarcie łez będziemy płacić większe podatki, a w przyszłości otrzymywać niższe emerytury (mimo, że będziemy pracować dłużej). Jak na razie nie słyszałem o zmniejszeniu diet poselskich (ani w polskim, ani w europejskim parlamencie). Wciąż czekam na taką informację.
Beneficjenci owych diet mają m.in. za zadanie rozwiązywać problemy gospodarcze w naszych państwach (mam na myśli Europę). Na pewno ważnym krokiem w tym kierunku była niedawno uchwalona francuska ustawa. Prezydent Sarkozy podpisał dokument mówiący, że każdy Francuz negujący fakt masakry Ormian przez Turków na początku XX wieku będzie podlegał karze. Wszyscy bardzo się z tego cieszymy. Drugorzędną sprawą są zbliżające się wybory prezydenckie we Francji i duża mniejszość społeczności ormiańskiej zamieszkująca ten kraj.
Równie pomocny w gaszeniu „pożaru finansowego” okazał się Barack Obama do spółki z amerykańskim Kongresem. Świadomie i z premedytacją od dłuższego czasu zaostrzają konflikt z Iranem – jednym z największych producentów i eksporterów ropy i gazu. A przez terytorium (morskie) tego kraju przebiega szlak transportu 20% światowego wydobycia czarnego złota. Amerykanie próbują wywołać kolejną wojnę, a ceny paliwa podskoczą tak wysoko, że europejska gospodarka wykrwawi się szybciej niż Hilary Clinton powie: „Business as usual”.
Tymczasem argumentacja interwencji zbrojnej jest stara, odgrzewana i już raz okazała się bzdurą wyssaną z palca. Niedawno Amerykanie wycofali się z sąsiedniego Iraku, który zaatakowali prewencyjnie w obawie przed bronią jądrową Saddama Husseina. Żadnej bomby nie znaleziono. Może została potajemnie przemycona do Iranu i trzeba ją tam teraz znaleźć. Tak więc konflikt jest nieunikniony. A kto będzie temu wszystkiemu winien? Zastanówmy się… Od pewnego czasu Waszyngton oskarża Teheran o pracę nad budową bomby jądrowej i z tego powodu nakłada na Persów coraz to nowe sankcje. I zmusza do tego inne kraje. Iran ostatecznie stracił cierpliwość i zagroził zamknięciem Zatoki Perskiej. Grozi to ograniczeniem dostaw ropy z Bliskiego Wschodu i tym samym ogromnym skokiem jej ceny. Tak więc za gospodarczy upadek Europy odpowiedzialny będzie Mahmud Ahmadinedżad i Ali Khamenei.
Odpuszczę sobie wyliczanie pozostałych problemów finansowych współczesnego świata, bo poziom przygnębienia niebezpiecznie wzrósł. A wszystkim naszym przywódcom w Nowym Roku życzę, aby przy następnej wspólnej kolacji udławili się kawiorem. To będzie taka współczesna Ostatnia Wieczerza.

środa, 23 listopada 2011

Co jest ważne?

Zastanawiam się ostatnio, dlaczego ludziom nie rosną głowy w miarę rozwoju cywilizacyjnego. Nigdy nie byłem prymusem z biologii, więc dlatego dziwne wydaje mi się, że mimo nieustannego wchłaniania milionów informacji dziennie, nasze głowy wciąż są tak małe. W dodatku trochę martwię się o te nasze głowy, bo informacji jest coraz więcej, a większość z nich jest tak przydatna, jak szczoteczka do zębów, gdy skończył się papier toaletowy.
Przeanalizujmy więc kilka ostatnich topowych informacji. Wiemy, że naszym piłkarzom miało zabraknąć orzełka na koszulkach. Jednak PZPN się ugiął i teraz dumnie z orłem na piersi nasza reprezentacja będzie grała o niebo lepiej, niż bez niego. Dowiedzieliśmy się także, iż krzyż wisi w Sejmie niezgodnie z Konstytucją. Teraz co pewien czas pojawiają się kolejne opinie i ekspertyzy w tej sprawie. Szokującą informacją była śmierć Hanki Mostowiak. Informacja ta była podawana przez wszystkie media, jako jedna z najważniejszych. Jednym z hitów było także to, że Jarosław Kaczyński nie lubi już Zbigniewa Ziobry, Jacka Kurskiego i Tadeusza Cymańskiego. Ci zaczęli zatem tworzyć nową partię, która będzie prawdziwą prawicą. W odróżnieniu od tej nieprawdziwej. Kolejny komunikat: „Wrona wylądował!”. Cały tydzień mogliśmy słuchać i obserwować, jak wygląda lądowanie awaryjne. Myślę, że dziś większość naszego społeczeństwa to eksperci w dziedzinie lotnictwa. Zwłaszcza po doświadczeniach z katastrofą w Smoleńsku. Każde polskie dziecko już wie, na jakiej zasadzie działa podwozie w samolocie.
Wartości powyższych informacji nie sposób przecenić. Ale w całym tym szumie próbuję doszukać się takich, które mają realny wpływ na moje życie. To sprawa niełatwa. Nie wiem na przykład, dlaczego ceny są tak wysokie, choć ludzie są coraz biedniejsi. Czemu cena benzyny jest taka sama, jak w Niemczech mimo, że koszty transportu ropy są znacznie niższe? Dlaczego politycy, chcąc wspomóc polską gospodarkę, podwyższają wszystkim podatki, hamując tym samym wszelkie inicjatywy do działania? Dlaczego w celu zmniejszenia bezrobocia podwyższane są koszty zatrudnienia pracowników? Jak to możliwe, że w przypadku boomu gospodarczego najwięcej zyskują najbogatsi, a w kryzysie najwięcej tracą najbiedniejsi? Czemu w czasach hossy owoce dobrych czasów zbierają bogaci, a koszty bessy ponoszą ubodzy?
Ja jestem jeszcze młody i nie mam takiej wiedzy, żeby odpowiedzieć sobie na te pytania. Ale w świecie mediów pracuje wiele inteligentnych osób, które w dodatku mają możliwość kontaktu z największymi umysłami w Polsce (a może i na świecie). Gdyby ktoś mógł się chociaż nad tym pochylić… A potem zrobić szum w mediach. Jestem pewien, że wszyscy by słuchali z zapartym tchem.

Mów prawdę!

Gdyby przeprowadzić ankietę we wszystkich krajach świata i zadać w niej jedno pytanie: „Czy politycy mówią prawdę?”, to wyniki można przewidzieć, nie będąc politologiem. Wszyscy wiedzą, że politycy kłamią. Politycy też wiedzą, że ludzie wiedzą, że oni kłamią. Oznacza to, że politycy dalej kłamią w najlepsze, media przekazują to dalej, „zwykli ludzie” przestają tego słuchać, bo i tak wiedzą, że to bzdury. I nie chodzi tu o to, że większość społeczeństwa to stado baranów, ale po prostu nie mają wyboru i muszą przez większość dnia wysłuchiwać tych bzdur. Niezależnie, czy włączymy telewizor, radio, czy internet, to efekt będzie taki sam – potok bezwartościowej paplaniny.
I tak włączamy TV i widzimy panią Hillary Clinton, sekretarz stanu USA odpowiedzialną za politykę zagraniczną (następczyni Condoleezzy Rice). Pani Clinton ubolewa nad losem ciemiężonych Libijczyków, twierdzi, że należy im się wolność i prawo do decydowania o własnym losie. I Zachód nie może dłużej czekać i ma obowiązek pomóc Libijczykom w ich walce z okrutnym tyranem. Owego tyrana wzywa Pani Clinton do opamiętania się i ustąpienia. Chwilę później wtórują jej m.in. Pan Belrusconi, Pani Merkel, Pan Sarkozy. No i wszyscy zgodnie konkludują, że niezbędna jest interwencja wojskowa (co zostało ładnie nazwane „blokadą przestrzeni powietrznej”). I mniejsza o to, że wszyscy oni (i/lub ich poprzednicy) ściskali tyranowi rękę, a niektórzy udostępniali mu swój trawnik, aby mógł tam rozbić namiot, którego pilnował elitarny oddział ochroniarek-dziewic. Bo te wszystkie dotychczasowe wyrazy sympatii wcale nie były spowodowane tym, że w Libii ropa naftowa tryska na wszystkie strony.
Złośliwy obserwator wydarzeń politycznych zapyta, dlaczego nie blokowano tak gorliwie przestrzeni powietrznej Egiptu i Tunezji, w których społeczeństwo również walczyło o wolność i wyzwolenie spod jarzma okrutnych dyktatorów. I co z tego, że ani w Egipcie, ani w Tunezji ropy i gazu nie uświadczysz (w Egipcie „śladowe” ilości ropy mają)?! Tam widocznie społeczeństwa sprytniejsze i same sobie radę dały.
A że na świecie ciemiężonych narodów bez liku, to biedni politycy muszą co rusz urządzać konferencje prasowe w obronie praw i wolności tychże. W ostatnim czasie trzeba było powspółczuć Jemeńczykom, Syryjczykom, Sudańczykom, Somalijczykom, Palestyńczykom (którym to politycy współczują już kilkadziesiąt lat). Ale wśród szczęśliwców wytypowanych do bezinteresownego wyzwolenia znaleźli się, jak do tej pory Irakijczycy, Afgańczycy (oni już trzykrotnie mieli ten zaszczyt) i Libijczycy. Jeszcze wcześniej wyzwalani byli Wietnamczycy (co nie do końca się udało) oraz Koreańczycy (co udało się tylko w połowie). Dawniej liderem w bezinteresownej pomocy bratnim narodom był Związek Radziecki, który doszedł już do takiej wprawy, że zaczął już wyzwalać na skalę masową. Dziś mamy odwrócenie sił i prym wiodą Amerykanie. Od Sowietów nauczyli się tego, że zawsze można wyzwolić kogoś wbrew jego woli, a później można mu wytłumaczyć, że tak jest dla niego lepiej. A zupełnym novum jest prezent dołączany do wyzwolenia w postaci demokracji. Do odbioru tych nagród reprezentanci wyzwolonych zostali wyznaczeni przez darczyńców (Hamid Karzaj, Nuri Al Maliki). Zwykłemu ludowi wytłumaczono: „My ich znamy, wy ich wkrótce poznacie, a oni już wiedzą, co z tym wszystkim zrobić.”
Teraz Ameryka przygotowuje się do wyzwalania Irańczyków. Saudyjczyków na razie nie trzeba wyzwalać – poczekamy aż skończą im się „narzędzia” do kamienowania i ludzie przestaną tam cierpieć. Im akurat nikt publicznie nie współczuje. W dobie światowego kryzysu i ludowych rewolucji wielcy światowi przywódcy mają nie lada problem. Komu już zacząć współczuć i kogo nazwać tyranem bądź dyktatorem? Nursułtana Nazarbajewa z Kazachstanu? Ilhama Alijewa z Azerbejdżanu? Garbanguły Berdymuchamedowa z Turkmenistanu? Akurat do nich jeździmy prosić o ropę, więc byłoby trochę niezręcznie przy herbacie. Kurmanbeka Bakijewa z Kirgistanu już zbesztaliśmy, bo został obalony. Możemy ewentualnie pokusić się o krytykę Islama Karimowa z Uzbekistanu, bądź Emomali Rachmona z Tadżykistanu. Z tym że, jaki w tym sens jeśli nikt o tych ludziach (a może i krajach) nigdy nie słyszał? Jak już zaczną ich obalać, to wtedy każdy z zachodnich przywódców będzie mógł zorganizować konferencję prasową i odważnie wstawiać się za ciemiężonym narodem. I wtedy nasze liczne media będą mogły się prześcigać z transmisjami tych pełnych empatii przemówień. A potem Rada Bezpieczeństwa ONZ wyda rezolucję potępiającą dyktatora, który krwawo tłumi protesty swojego ludu.
A wystarczyłoby po prostu mówić prawdę. I powiedzieć: „Musimy interweniować w Libii, bo jeśli przeciągnie się tam wojna domowa, to będziemy mieli benzynę za 7 zł za litr.” Albo: „Nie krytykujemy dyktatorów Azerbejdżanu ani Kazachstanu, bo skąd weźmiemy ropę do napełnienia gazociągu ITGI, czy planowanego Nabucco. A jeśli dodatkowo dogadamy się z Turkmenistanem to może wkrótce benzyna będzie po 3 zł za litr.” A Barrack Obama w przemówieniu do narodu powie: „Jutro możemy mieć pokój na Bliskim Wschodzie i w Afryce, jeśli kraje członkowskie Rady Bezpieczeństwa ONZ przestaną tam sprzedawać broń. Ale to wiąże się z drastycznym zmniejszeniem dochodów m.in. amerykańskich koncernów zbrojeniowych i tym samym z pogorszeniem stanu amerykańskiej gospodarki. Dla was drodzy krajanie będzie to oznaczało znaczny spadek standardu życia.”
Może i tzw. opinia publiczna uznałaby takie komentarze za cyniczne, ale myślę, że po krótkim przemyśleniu doceniliby szczerość i odwagę takich polityków. A dla samych polityków jest to możliwość zyskania szacunku i poparcia wyborców. I to w bardzo prosty sposób – mówiąc prawdę.

sobota, 28 maja 2011

List do Tomasza Lisa


Szanowny Panie Tomaszu

W nawiązaniu do pańskich wypowiedzi dla TOK FM na temat relacji polsko-amerykańskich oraz światowego terroryzmu, śmiem stwierdzić, iż Pańskie teorie są całkowicie bezzasadne i ukazują totalny brak wiedzy o komentowanych przez Pana wydarzeniach i procesach. Choć nie mogę się pochwalić dorobkiem dziennikarskim, czy sławą, taką jak Pan (mimo, że uczyliśmy się w tym samym liceum), to jednak staram się jak najwięcej czytać i nie sugerować opiniami tzw. autorytetów, lecz sam próbuję analizować fakty. W moim liście przedstawię Panu opinie, które mogą zostać zinterpretowane, jako teorie spiskowe. Daleko mi jednak do tego.
Po pierwsze społeczny kontekst terroryzmu nie służy jego usprawiedliwieniu. Pomaga zrozumieć przyczyny powstawania tego zjawiska w różnych rejonach świata, co może pozwolić na skuteczną walkę z nim. I jeśli się przeanalizuje ten społeczny kontekst osobno dla każdego ogniska terroryzmu, to dojdzie się do wniosku, że żadna interwencja zbrojna w takim miejscu nie przyniesie pożądanych efektów. Głównymi powodami przystępowania ludzi do organizacji terrorystycznych jest bieda, wykluczenie społeczne, frustracja młodych ludzi z powodu braku perspektyw i poszukiwanie przez nich sposobu na normalne życie. Proponuję poczytać na temat najnowszej historii Czeczenii (tzw. Republiki Iczkerii) i całego Kaukazu Północnego, gdzie zjawisko terroryzmu jest nadzwyczaj powszechne. I przy odrobinie wysiłku można się dowiedzieć, że radykalny, nawołujący do agresji Islam (błędnie nazywany Dżihadem) nigdy nie istniał na tych terenach. Do czasu interwencji rosyjskiej i wojen w latach 90. ubiegłego wieku. Konflikty te, będące przyczyną niesamowitych okrucieństw wobec narodu czeczeńskiego, całkowicie wyniszczyły ten obszar i ludzi tam mieszkających. Polecam poczytać książki Anny Politkowskiej. Większość z tych terrorystów-samobójców to po prostu ludzie, którzy nie mają nic do stracenia i nie potrafią już płakać. A ich jedynym i ostatnim celem w życiu jest pomszczenie zamordowanej rodziny. Oczywiście zemsta nie jest usprawiedliwieniem dla zabijania niewinnych ludzi, ale jest krótkim streszczeniem znaczenia wyrażenia „społeczny kontekst terroryzmu”.
Jeśli podejmuje się Pan porównania Ben Ladena do Hitlera i Stalina w kontekście wymierzenia sprawiedliwości, to proszę jeszcze raz poczytać o najnowszej historii świata. Ben Laden w rzeczy samej zasłużył na uczciwy proces. Mieli go wszyscy zbrodniarze wojenni III Rzeszy. I był to sukces naszej cywilizacji, że za tak niewiarygodne okrucieństwa nie odpłaciliśmy się tym samym. Bo żeby kogoś skazać, trzeba udowodnić mu popełnienie przestępstwa. Saddam Hussein  także miał proces. Potem został sprawiedliwie powieszony. Zaletą naszej cywilizacji jest to, że nie wyżynamy się tylko dlatego, że tak kazał jakiś prezydent (Tak! Chodzi mi o Busha). Decyzję skazania Ben Ladena na śmierć bez procesu sądowego uzasadnia Pan rozmowami z rodzinami ofiar zamachu z 11 września 2001 roku. Nie ma słów, żeby opisać ich tragedię. Ale w żaden sposób nie udowadnia to winy Ben Ladena. Jeśli porozmawia Pan z rodzinami irackimi i afgańskimi, których dzieci rozerwały amerykańskie bomby, albo którym urwało jedną lub dwie ręce, to dojdzie Pan do wniosku, że na karę śmierci zasługują wszyscy przywódcy państw uczestniczących w operacjach zbrojnych w Iraku i Afganistanie.
Tak się składa, że to właśnie wojna jest przyczyną biedy i problemów społecznych na terytorium, na którym się toczy i tym samym nadzwyczaj podatnym gruntem pod postawy radykalne i terroryzm. Interwencje zbrojne w Iraku i Afganistanie pogorszyły stan bezpieczeństwa w tych krajach. Saddam Hussein nie był godny żeby żyć, ale za jego czasów zjawisko terroryzmu w Iraku nie miało miejsca. W Afganistanie rządzonym przez Talibów – także nie. A sami Talibowie byli sojusznikami USA i doszli do władzy dzięki pomocy Amerykanów (którym dziękował za to sam Ben Laden, choć nigdy nie był Talibem). Stany Zjednoczone pomogły im, aby obalili afgańskich Mudżahedinów, którzy rządzili… także dzięki USA. Amerykanie wspierali ich w walce z sowietami. Z kolei głównym sponsorem światowego terroryzmu (m.in. na Kaukazie Północnym) jest Arabia Saudyjska, drugi po Izraelu sojusznik USA na Bliskim Wschodzie i jeden z największych (może i największy) inwestorów w Ameryce (Ben Laden także był Saudyjczykiem i gros terrorystów pochodzi właśnie z tego kraju). Nie będę się wdawał w głębsze rozważania na ten temat, bo sprawa jest zawiła i nie posiadam w tej kwestii aż tak ugruntowanej wiedzy.
Karygodne jest natomiast dopuszczanie przez Pana stosowania tortur „w uzasadnionych przypadkach”. Może i w 90% przypadków torturowani są terroryści. Ale co, gdy torturowane są osoby przypadkowo oskarżone o terroryzm? Takie sytuacje miały miejsce. Kto ocenia i decyduje, kogo należy torturować? Oficerowie CIA? Poza wszelką zewnętrzną kontrolą? A jeśli jutro stanie się Pan podejrzany o udział w grupie terrorystycznej (z powodu zwykłej pomyłki) i ktoś zacznie Pana torturować w imię racji stanu? I nie ma Pan racji, że te tortury być może zapobiegły powtórce zamachu z 11 września. Pomimo podjęcia tych wszystkich działań, miały miejsce zamachy w Madrycie, Londynie, Moskwie i niezliczone ataki w Iraku, Afganistanie i Pakistanie.
Wojny w Afganistanie i Iraku są tak samo haniebne, jak wojna w Wietnamie, a mimo to wciąż próbuje się nam wmówić, że Polska dobrze zrobiła przystępując do tych interwencji. A ich bilans jest zatrważający.
Prezydentem Afganistanu jest figurant o wątpliwych intencjach, którego syn jest uwikłany w zorganizowaną przestępczość. Hamid Karzaj jest kolegą George’a Busha Seniora, razem pracowali w firmie, która wiele zyskała na wojnie w tym kraju. Sytuacja w Afganistanie jest bardziej niestabilna niż przed interwencją ISAF. Prawa człowieka (w szczególności kobiet) są nadal łamane, bo mentalności ludzi nie zmienia się lufą karabinu.
W Iraku rządzi kolejny „kolega z pracy” rodziny Bushów, uwikłany w tę samą sieć powiązań biznesowych. Nuri Al Maliki był wielokrotnie oskarżany o prześladowania i tępienie opozycji. Dowodem na to było odkrycie przez żołnierzy któregoś z krajów zachodnich, więzień, gdzie byli przetrzymywani i torturowani Irakijczycy przez wojsko i policję iracką na polecenie premiera.
Można by długo o tym mówić, ale ważne jest jedno. Walcząc z terrorystami nie możemy się do nich upodabniać. Zdaje się, że Pan o tym zapomniał.

wtorek, 24 maja 2011

Amerykańska tarcza niezgody

Prawdopodobnie większość polskiej opinii publicznej przywykła do komunikatów medialnych nt. powstania w Polsce elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej, czy amerykańskiej bazy lotniczej. Ja jednak wciąż zastanawiam się nad sensem takich przedsięwzięć i nie potrafię znaleźć dla nich logicznego uzasadnienia. Bo chociaż nie uważam Amerykanów za wrogów, czy zagrożenie dla Polski, to dziwi mnie, że stacjonowanie w naszym kraju wojsk obcego państwa jest przedstawiane przez polskich polityków, jako wielki sukces.
Oczywiste wydają się wszelkie ruchy wojsk NATO w naszym kraju, ponieważ jesteśmy członkiem tego sojuszu. Jednak wspomniane wyżej projekty nie zakładają obecności amerykańskich wojsk w Polsce w ramach działań Sojuszu Północnoatlantyckiego. Są to indywidualne akcje Amerykanów. W dodatku cele tych polsko-amerykańskich uzgodnień są całkowicie niejasne lub w ogóle nieznane.
Oficjalnym celem stworzenia tarczy antyrakietowej w Europie Wschodniej jest ochrona przed atakami ze strony tzw. państw niebezpiecznych, zagrażających światowemu pokojowi. Wśród nich najczęściej wymieniany jest Iran. Jest on tym bardziej demonizowany ze względu na podejrzenia o pracę nad pozyskaniem broni atomowej.  Tymczasem Iran nie dość, że nie posiada broni jądrowej (tak stwierdziła ONZ-owska Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej), to w dodatku nie posiada broni, która mogłaby w jakikolwiek sposób zagrozić USA, czy Europie. A od kilku miesięcy jest objęty całkowitym embargiem na dostawy broni. Iran, mimo ostrej retoryki prezydenta Ahmadineżada, prowadzi pokojową politykę zagraniczną. Ostatni raz uczestniczył w wojnie w latach 1980-88, w której był stroną broniącą się przed inwazją Iracką. Na świecie istnieją za to państwa, które posiadają broń atomową, a nie są uznawane przez USA za niebezpieczne. Jednym z nich jest Izrael, który nigdy nie pozwolił Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej na inspekcje swojej infrastruktury jądrowej. W dodatku odznacza się nadzwyczaj agresywną polityką wobec swoich sąsiadów. W ciągu ostatniego półwiecza toczył wojny z Egiptem, Jordanią, Palestyną, Syrią i Libanem. Kolejnymi państwami posiadającymi broń jądrową są Indie i Pakistan, które również nie należą do spokojnych ani stabilnych. Mimo to USA nie obawia się ataku z ich strony.
Te działania amerykańskie powodują zaniepokojenie ze strony Rosji, która postrzega je, jako skierowane przeciwko niej. Bo tylko Rosja (być może także i Chiny) jest krajem, który posiada arsenał militarny, przeciw któremu tarcza może być skierowana. Dlatego FR chce uczestniczyć w budowie tarczy, co de facto oznacza, że albo znajdziemy się pod militarnym panowaniem USA albo Rosji. Żadna z tych opcji mnie nie zadowala. Przypominają mi się za to słowa Bogdana Smolenia: „Z jednych rakiet mam się cieszyć, przeciw drugim protestować. A co za różnica, z której strony spadnie? Tak samo boli. Bomba jest bomba.” Bo tarcza antyrakietowa będzie chronić terytorium USA i nie będzie miała nic wspólnego z bezpieczeństwem Polski. Będzie tylko kolejną kością niezgody z Rosjanami. A to akurat jest nam zupełnie niepotrzebne. Budujmy mosty, a nie mury i zasieki.